Główna myśl po pierwszym #GrandVideoAwards: dwa lata temu ta gala nie potrzebowałaby narracji. Dziś zabrakło właśnie jej. 

W 2015 roku taka impreza to już trochę przybijanie piątki w grupie starych znajomych. Fajnie, że ta branża zyskała oficjalną imprezę, na której mogą wręczyć sobie nagrody, gorzej że nie udało się tego zrobić bez spięć, a imprezę zakończył prawdopodobnie słuszny foch SA Wardęga.

Impreza nazywała się „Grand Video Awards”, ale właściwą nazwą powinno być raczej „Grand YouTube Awards”. Osoby dzierżące mikrofon nie nawiązały do trendów, które doczekają się swoich nagród za dwa lata, czyli krótszych i bardziej spontanicznych form wideo na Instagramie, Snapchacie czy Twitterze. Co ciekawe, ich znajomość wykazują na co dzień nagradzani przez nich twórcy, jak 20m2 który podczas odbierania nagrody za najlepszy wywiad skupił się na wykorzystaniu tej chwili na potrzeby Snapchata. Może przy kolejnych edycjach powstanie kategoria związana z najlepiej uchwyconymi „momentami” czy inna, odpowiadająca lepiej temu, jak konsumuje się dzisiaj wideo w mediach społecznościowych. 

Duży plus dla Pana Andrzeja Skworza, naczelnego Press i Włodka Markowicza. Te osoby prawdopodobnie jako jedyne dały mi na drogę powrotną coś do przemyślenia. Przydałby się trzeci taki mówca, by zamknąć wydarzenie w spójną całość. 

Problemy techniczne w trakcie imprezy to oczywiście wtopa, ale dużo bardziej w toku imprezy zabrakło mi właśnie powiedzenia kilku mądrych słów o wideo w Internecie, sklonienia do jakiejkolwiek refleksji. Nie poznałem odpowiedzi na pytanie po co te materiały powstają i co twórcy chcą przekazać, nie wyróżniono rzeczy, które mogłyby zainspirować tradycyjne media. Może to dziwne, ale spodziewałem się czegoś więcej niż kolejnej gali, na której ktoś dostanie statuetkę i przybije sobie piątkę. Mimo wszystko gratuluję zrobienia tego kroku, bo krytykować może każdy, a działają tylko nieliczni.